Poród w czasie zarazy. Dobre historie dla was.

Znacie mnie i wiecie, że jestem zwolenniczką porodów rodzinnych, porodów z doulą, że zawsze wzruszam się na historie o matkach i babkach obecnych przy porodzie swoich córek i wnuczek. Zawsze jestem za świadomym wyborem tego jak, gdzie i z kim. Dzisiaj natomiast wyboru nie ma. Nikt nie spodziewał się takiej sytuacji, takich ograniczeń i problemów z tym związanych. Koronawirus weryfikuje wszystkie dziedziny naszego życia, również narodziny. Prawie we wszystkich szpitalach w Polsce wprowadzono zakaz odwiedzin i porodów  rodzinnych.

W związku z tym przyszedł boom na porody domowe. Telefony położnych nie przestają dzwonić, a na grupie facebookowej „Poród domowy” codziennie pojawiają się nowe pytania o organizację PD. Grupa w ciągu kilku dni z 3000 członków rozrosła się do 7000! Obserwuję to zjawisko z rumieńcem na twarzy, bo z jednej strony widzę, że nagle świat się obudził i uznał, że poród domowy jednak jest możliwy i bezpieczny. Z drugiej strony trochę się boję. Boję się o te porody domowe, które odbędą się bez asysty (bo położne się nagle nie rozmnożą). O to jak się te porody zakończą, o to jaki ślad po sobie zostawią.

Wiem, że wiele kobiet nie zdecyduje się na poród w domu. Niektóre ze strachu, inne ze względu na stan zdrowia i przeciwwskazania, potrzebę specjalistycznej opieki, inne zaś po prostu ze względu na finanse.

Te kobiety będą rodziły bez osób towarzyszących. Na razie ta sytuacja prędko się nie zmieni.

Chcę  wam powiedzieć drogie kobiety, że myślę o Was każdego dnia. Jestem pewna, że  sobie poradzicie. Jestem pewna, że dacie radę. I chce wam powiedzieć,  że to co czujecie jest normalne. Nie  zaprzeczajcie temu, nie walczcie z tym. Dajcie sobie przyzwolenie na to żeby teraz płakać, krzyczeć, czuć złość  i żal. Pozwólcie sobie teraz na pewną żałobę. To pozwoli wam wejść w poród  lżejszymi  o te złe emocje.

Dla was postanowiłam zapytać kobiety, które rodziły bez partnerów o to jak sobie radziły, jak się czuły, jak to wyglądało.

Zrobiłam to dlatego, że wiem, że każda dobra historia porodu coś wnosi.

Wyciągnijcie z nich to czego teraz potrzebujecie.

Imiona moich rozmówczyń zmieniłam.

Zapraszam.


 

Barbara, 80l.

Babciu, masz trójkę dzieci. Rodziłaś je w domu?

-Coś Ty. Wtedy już się raczej nie rodziło w domach. Przynajmniej nie u nas. Do szpitala się jechało. Była jakaś akuszerka, do Danki chyba biegła rodzić, ale to chyba dlatego, że ona się bała do szpitala, bo Janek pił.

To rodziłaś w szpitalu, sama?

-No tak.  Do pierwszego porodu wiózł mnie wujek Stasiek wozem. Dziadek nie pojechał, nie pamiętam dlaczego, jakiś był skołowany, zakręcony, ja też. Nie wiedziałam co się dzieje, młoda byłam, bolało. Do drugiego to już mnie odprowadził pod szpital, pociągiem pojechaliśmy, pierwszym jaki przyjechał odkąd mnie zaczęło boleć. Potem od pociągu do szpitala szliśmy na nogach,  daleko nie było, jakieś 1,5 km. Do trzeciego to mnie już zabrała karetka. Nie wiem kto po nich zadzwonił.

I jak wspominasz te porody? Chciałaś żeby dziadek był przy Tobie?

– Wtedy ja nawet tego nie rozważałam, bo nie było wyboru. Kobiety wiedziały że jadą same rodzić i nie było dyskusji. Nie zastanawiałam się czy to było dobrze, czy źle bo po co się zastanawiać? Ja bym zresztą nie chciała żeby on był tam. Po co on tam? Jeszcze by zemdlał.

A miałaś w szpitalu jakieś wsparcie? Lekarze, położne, byli przyjemni?

-Tak. To były inne czasy. Nie było luksusów, nie było takiej wiedzy. Oni wtedy robili to, co wtedy się uważało za dobre. Na leżąco się zawsze rodziło, parło na komendę,  obok były inne kobiety, nie było takich warunków. I te położne i lekarze, oni głupoty robili, ale czuć było od nich, że to w dobrej wierze. Więcej człowieka było w człowieku wtedy. Kobiety też mniej świadome były.  Wiedziałaś że rodzisz i tyle. Dużo się miedzy sobą rozmawiało o tym, ale nie miałyśmy takiego dostępu do wiedzy. Teraz można się wszystkiego dowiedzieć. Ale ja nie wiem czy to dobrze, bo za to ludzkość gorsza.

To znaczy??

-Kiedyś to się człowiek nawet gównem podzielił.

Jak mam to rozumieć?

-Jak to jak? Tak, że jak człowiek przysłowiowe gówno miał to i tak drugiemu coś od siebie dał . Na tych porodowych naprawdę miło było.

Wszystkie trzy porody dobrze wspominasz?

-Nie mam na co narzekać.

 

Ania, 29l

I jak to było Aniu? Bo ja aż uwierzyć nie mogę.

– No to było tak, że jak pojechaliśmy do szpitala to mi  strasznie wolno akcja postępowała.  Dłużyło się i dłużyło, na 5 cm stanęło i nie wiadomo było co dalej. Chcieli mi proponować przyspieszanie, interwencje, no i ja się zgodziłam. W międzyczasie   wysłałam męża do sklepu po wodę. Przecież i tak nic się nie działo. I jak on wyszedł to ja zostałam w tej sali sama. Położna poszła chyba po kroplówkę, bo jak ją wołałam to trzymała ją w ręku. I tak mnie wzięło jak on wyszedł, że żeby otworzyć  drzwi i ją (położną) zawołać to ja ledwo doszłam, jakoś nie wpadłam na pomysł żeby nacisnąć przycisk ten wzywający. Otworzyłam drzwi i krzyczałam, żeby przyszła szybko, ale w połowie mi głosu zabrakło i zaczęłam stękać przeraźliwie. Ona z końca korytarza z tą kroplówką w ręku zapytała mnie czy czuję popieranie, ale ja jej już nie odpowiedziałam. Zawołała drugą i przybiegły mi pomóc dojść do łóżka. Przed tym łóżkiem to ja już się nie mogłam ruszyć, zaparłam się rękami i koniec. One jeszcze mnie prosiły kilka razy, żebym na to łóżko weszła, ale nie było ze mną rozmowy. W końcu pamiętam, że jedna kucnęła i powiedziała, że główkę widać i muszę wejść natychmiast na łóżko. Ja nie pamiętam co ja miałam wtedy w głowie, ale nie byłam w stanie odpowiedzieć i nie miałam zamiaru się ruszać. Rodziłam. Stękałam, pokrzykiwałam gardłowo.  One chyba chciały mnie podsadzić, tak coś kojarzę, ale pamiętam tylko ten moment, że w końcu zaczęły się ubierać, podkłady rozkładać na ziemi, rękawiczki wyciągać, obie w końcu kucnęły i jedna z nich krzyczała do mnie żebym nie parła, pokazywała jak oddychać. Na nic to, byłam w amoku, parłam tak jak mi organizm kazał. Nagle poczułam że muszę klęknąć i z tym klękiem popchnęłam raz jeszcze i główka  wyszła na zewnątrz. Na drugim skurczu Adasiek wyślizgnął się cały, na szczęście w ręce sprawnej położnej. Przez chwilę miałam odruch, żeby sama go  łapać, ale coś mnie blokowało. I tak kucając, wszystkie we trzy na podłodze nie wiedziałyśmy chyba co się stało. Ja się popłakałam ze szczęścia, przytuliłam go, małe, ciepłe, śliskie ciałko. Położne pomogły mi wstać i położyć się na łóżko. Czekałyśmy na łożysko. Nie wiem ile dokładnie minęło czasu, ale Michał wrócił z wodą ze sklepu i stanął jak wryty.  Zaczęliśmy się panicznie oboje śmiać, potem przecinał pępowinę. Teraz z perspektywy czasu wiem, że ja się po prostu  przy nim blokowałam.

No tak. Poród jest w głowie.

-Dokładnie! A niektórzy to na opak rozumieją. Myślą, że to znaczy, że jak się bardzo chce to się urodzi. A to nie o to chodzi. Chodzi o to, że  nasza psychika warunkuje poród. Sama wiesz najlepiej. Ja wiem, że jakby on z tej sali nie wyszedł to ja bym jeszcze długo nie urodziła. Blokada i koniec.

To był dobry poród?

Najlepszy jaki miałam!

Marta, 31l.

Wiedziałaś od początku, że chcesz rodzić sama?

-Nie. Myślałam, że mi się zmieni z czasem. Że wraz z wiekiem ciąży dopuszczę do siebie taką możliwość.

Ale nie dopuściłaś?

-Nie. Czułam po prostu, że chcę być z tym sama. Że ja mam urodzić dziecko. Moje ciało ma wydać na świat nowe życie. Że jakoś to muszę celebrować.

I nie chciałaś wsparcia? Nie bałaś się?

-Nie bałam. Gdybym mogła, nie jechałabym nawet do szpitala, ale bałam się tak zupełnie bez asysty. Zdecydowałam się na dom narodzin, żeby nikt mi za bardzo nie przeszkadzał. To pierwsze dziecko, więc miałam trochę obaw, ale na każdym kroku coś wewnątrz mnie krzyczało „sama, sama, sama”.

Ja miałam silną potrzebę wsparcia, ale jak o tym mówisz to potrafię sobie to wyobrazić. Ta samotność dawała Ci poczucie bezpieczeństwa?

-Dokładnie. Czułam się jak mysz która chce uciec do swojej nory. Jak klacz, która czeka na samotność, żeby urodzić.

I nie zmieniłaś zdania do końca?

-Nie.  Położna mnie bardzo rozumiała, przychodziła bardzo rzadko  i  kontrolowała tylko tyle ile musiała. Cały czas miałam przygaszone światła, było ciemno i cicho. Słychać było tylko moje pomruki.

Pomruki?

-Nie krzyczałam. Nuciłam, pomrukiwałam. Urodziłam do wody. Złapałam małą sama, oczywiście powtarzając przy tym kilka razy „Ja sama, ja sama”, żeby przypadkiem położna jej nie dotknęła. Nie wiem co mną kierowało.

Nie zmieniłabyś swojej decyzji?

-Nie. Za nic w świecie. To mnie umocniło, dało ogromną wiarę w siebie i swoje możliwości. Urodziłam się jako kobieta i matka. Patryk czekał cierpliwie  w szpitalu i przyszedł do nas dopiero jak leżałam z malutką na łóżku. Już po szyciu ( bo lekko pękłam).  Następnego dnia wypisałam się na własne życzenie, wszystko było z nami w porządku.

Patryk nie chciał  być przy narodzinach?

-Uszanował moją decyzję.

 

Kamila, 36l.

Poród bez partnera to nie była Twoja decyzja.

-Nie. Tak się nam życie potoczyło, że się rozstaliśmy jak byłam w 7 miesiącu ciąży. Najtrudniejsza decyzja w życiu, ale nie wyobrażałam  sobie inaczej.

Nie chciałaś żeby był przy porodzie ktoś inny? Mama, przyjaciółka, doula?

-Ja wtedy nawet nie miałam pojęcia kto to jest doula, jakoś nie mieściło mi się w głowie, że jakaś inna kobieta niż położna może być przy moim porodzie.

A nie myślałaś o prywatnej opiece położnej  w trakcie porodu?

-Nie. Wyszłam z założenia, że każda z nich będzie tak samo dobra. Szłam z nastawieniem, że kogokolwiek tam nie spotkam to będzie to kobieta, więc na pewno mnie zrozumie.

I sprawdziło się?

-W zasadzie tak. Rodziłam dosyć długo. Zaliczyłam dwie zmiany położnych. Na obu zmianach Panie były bardzo pomocne, przyjemne, kulturalne. Widać było, że im trochę mnie szkoda, że to już nie jest standardowa sytuacja, że kobieta przychodzi do porodu sama. Miałam wrażenie, że chciały mi to wynagrodzić. Co chwilę pytały czy czegoś potrzebuje, czy daje radę. Była też studentka położnictwa. Przynosiła mi okłady, puszczała muzykę, pomagała pod prysznicem. Po porodzie to ona wyjmowała mi z torby rzeczy dla dziecka, ona mi zaniosła walizkę na salę poporodową.

Czułaś się zaopiekowana?

-Bardzo. Może to dziwnie zabrzmi bo widziałam te kobiety tylko raz w życiu, ale czułam taką kobiecą moc. Tak jakbyśmy były rodziną.

To był dobry poród?

-Każdej kobiecie takiego życzę.

 

Kasia, 25l.

Chciałaś urodzić z partnerem?

-Tak. Nie wyobrażałam sobie, że mogę urodzić sama.

Stało się jednak inaczej.

-On od początku mówił, że nie chce być przy porodzie. Ja tego nie rozumiałam, myślałam, że do końca ciąży zmieni swoje podejście. Że do tego dorośnie.

Nie zmienił?

-Nie. Było tylko gorzej. Na każde wspomnienie o porodzie on jakby coraz bardziej się wycofywał. Ten temat go drażnił, robił się nerwowy. Ile ja przepłakałam!

Ale nadal miałaś nadzieję.

-Tak. Przecież teraz wszyscy faceci uczestniczą w porodach. A mój nie chciał. Ja tego nie potrafiłam zrozumieć. Wmawiałam sobie, że to ze mną coś nie tak, albo że on nie kocha tego dziecka, takie głupoty.

Teraz mówisz, ze to głupoty. Co zmieniło Twój punkt widzenia?

-Ja po czasie zrozumiałam czemu on nie chciał, czego tak bardzo się bał. To wyszło potem na terapii. Wrócił ze spotkania z terapeutką i po prostu mi powiedział „Wiesz kochanie, ja już wiem dlaczego ten poród był dla mnie taki trudny”. To było cenne i oczyszczające.

Do tego momentu miałaś mu to za złe?

– Miałam mu to za złe tylko na początku porodu. Potem jak akcja ruszyła to nie myślałam o tym, byłam pod doskonałą  opieką położnych w św. Zofii, anioły na ziemi. Trochę czułam żal, że nie ma go ze mną, ale za to poczułam przypływ takiej siły, takie potęgi…  można powiedzieć, że poczułam się trochę jak Bóg.  Nie mogłam na nic narzekać. Położne były dla mnie na każde zawołanie. Wiadomo, że nie masowały, nie trzymały za rękę, ale dawały coś innego. Dawały takiego babskiego powera.

Kiedy Twój syn poznał tatę?

-Już na sali poporodowej. Kilka godzin po porodzie. Kontakt skóra do skóry też miałam samotny, ale to był piękny czas. Zakochiwania się w swoim dziecku, odpoczynku. Docierało do mnie co się stało, czego dokonałam, byłam na endorfinowym haju. Chciałam krzyczeć ze szczęścia.

Jak zareagował partner jak do was dołączył?

-Przyszedł na tą poporodową, a tam leżały tez dwie inne kobiety z dziećmi.  Zobaczył Antka i zaczął buczeć. No ryczał jak mała dziewczynka. I ja wtedy zrozumiałam, że to nie ważne, że go nie było przy tym porodzie. Że to musiało być dla niego ważne, bo on to dziecko już kocha niesamowicie.

Teraz jesteś w drugiej ciąży. Będziecie rodzić razem?

-Nie wiem. Jeśli będzie chciał to tak. Ale nie boję się już porodu bez niego. Wiem, że ja i moje ciało damy radę. Wiem, że mimo to jest wspaniałym ojcem. Nie będę naciskać.

Chciałabyś powiedzieć coś kobietom, które w obliczu pandemii będą rodziły samotnie?

-Żeby się nie załamywały. To, że nie będzie tak jak sobie wymarzyłyście nie oznacza, że nie będzie pięknie. Będzie pięknie, będzie niesamowicie, odkryjecie w sobie moce o jakich nie śniłyście. My kobiety jesteśmy po prostu wielkie !

 


 

Dziękuję wam kochane kobiety za wasze historie.

Czy komuś pomogą? Mam nadzieję.

Czy coś mi dały? Bardzo dużo.

Po raz kolejny wprawia mnie w zadumę to jaką moc mają kobiety. Jak potrafią sobie poradzić w każdej sytuacji. Ile zniesie ich ciało i jakimi lwicami okazują się momentami.

 

Życzę wam pięknych porodów w czasie zarazy. Nigdy dotąd nie czułam tak bardzo wsparcia kobiet płynącego ze wszystkich stron.

Tworzymy wioskę.

Tworzymy życie.

Jesteśmy razem, nawet kiedy jesteśmy osobno.

11 thoughts on “Poród w czasie zarazy. Dobre historie dla was.

  1. Ja przy pierwszym porodzie zakładałam, że będzie bez męża, on nie chciał a ja nie zmuszałam. W trakcie zadzwoniłam, ze chce go obok – pojawił się i nie żałuje żadne z nas że był obok. Za 2 razem dowiedziałam się że będzie cc byłam załamana i powiedziałam mężowi że ma być ze mną na sali operacyjnej, od razu się zgodził

  2. Wczoraj rozmawiałam z moją teściową na ten temat. Powiedziałam jej właśnie, że nie wyobrażam sobie teraz rodzić. A ona mi na to, że 35 lat temu nie było wyboru. I kobiety też dawały radę. Trzeba to po prostu przetrwać. Co do porodów domowych, to też się boję o te kobiety, które nie do końca będą na to przygotowane. Bezpieczeństwo teraz jest najważniejsze.

  3. Ja chciałam próbować vba2c, za 6 tygodni. Ale biorąc pod uwagę sytuację, to, że najbliższy szpital, który może by się zgodził jest 70 km od domu to nawet nie kombinuję. Chcę iść, mieć to za sobą i wrócić do moich dwóch dziewczynek jak najszybciej 🙂

  4. Moja siostra urodziła kilka dni temu i muszę powiedzieć, że nie zazdroszczę. Dodatkowy stres, brak bliskiej osoby, kontakt ojca z dzieckiem dopiero po wyjściu.. cóż taka sytuacja, do której nalezy się dostasować…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *