Dlaczego zdecydowałam się na poród w domu?

Pamiętam taki poranek, była 5:00, a ja wyszłam z psami na podwórko ( czasy hotelu dla psów). Piłam kawę i z przerażeniem patrzyłam w las, bo gdzieś, kilka ulic ode mnie, kilkaset drzew dalej jakaś kobieta wydawała z siebie dziwne, trochę przerażające, gardłowe dźwięki. Najpierw pomyślałam, że trzeba zadzwonić po policję, ale po dłuższym nasłuchiwaniu uznałam, że to nie brzmi jak przemoc.  Potem chciałam dzwonić na pogotowie, bo wydawało mi się, że ta krzycząca kobiecina zaraz umrze, a na koniec pomyślałam, że może to jakaś sekta, może się ktoś naćpał, w końcu brzmi to bardziej jak jakiś okrzyk plemienny. Koniec końców nie zrobiłam nic, a dźwięki ustały, zastąpiło je śpiewanie ptaków. Przypomniałam sobie tą sytuację  dwa lata pózniej, na porodówce. Teraz wiem dzielna kobieto, że Ty gdzieś tam, parę ulic dalej rodziłaś swoje dziecko w domu.

 

Pamiętam też doskonale jak poszliśmy na szkołę rodzenia w ciąży z Pupinkiem. Jedna z prowadzących na wstępie powiedziała, że rodziła swoje dziecko w domu. Pierwsze co pomyślałam to to, że trafiliśmy do jakiegoś szalonego miejsca, do jakiejś nieodpowiedzialnej, szalonej kobiety, która podjęła ryzyko porównywalne do przeskoczenia przez tory przed nadjeżdżającym pośpiesznym. Chcę Cię z tego miejsca Aniu serdecznie pozdrowić, a wam polecić książkę dla dzieci o porodzie domowym, którą Ania niedawno wydała- Anna Las Opolska „RodziMy”. Mam nadzieję, że jej recenzja niedługo pojawi się tutaj (klik).

No ale do rzeczy. Często dostaję pytanie dlaczego zdecydowałam się na poród w domu.

Pierwszą odpowiedzią jaka mi przychodzi do głowy jest: bo mogłam!  I nie jest to odpowiedź prowokacyjna, a zupełnie poważna. W Polsce żeby rodzić w domu z zrzeszoną położną przyjmującą porody domowe trzeba przejść kwalifikacje. O tym jakie warunki trzeba spełnić, oraz jakie są przeciwskazanie bezwzględne i względne do porodu w domu niedługo wrzucę wpis tu (klik).

A więc z racji tego, że pomijając ciężkie początki moja ciąża przebiegała bez żadnych problemów i byłam okazem zdrowia oraz, że przeszłam kwalifikację w 37tygodniu to mogłam rodzić w domu.

Co mną kierowało? Czy nie lepiej i bezpieczniej byłoby w szpitalu?  Czy to naprawdę miało dla mnie takie znaczenie?

Tak. Miało ogromne.

Po pierwszym porodzie w szpitalu wiedziałam, że jak nie będę musiała to tam nie wrócę. Wtedy myślałam raczej o ponownej próbie dostania się do domu narodzin. Ale ponieważ do kolejnej ciąży miałam jeszcze trochę czasu to zaczęłam swoją edukację w temacie okołoporodowym. Poszłam na kurs podstawowy dla Doul i zaczęłam otwierać oczy. Niby dużo z tych rzeczy wiedziałam, ale nie doceniałam ich znaczenia. Poznawałam kolejne doule i położne. Wiele z położnych które poznałam, które pracują na blokach porodowych rodziło w domu. Również położna dzięki której w końcu udało mi się po ludzku urodzić Pupinka rodziła swoje dzieci w domu. To ona zresztą poleciła mi położną do porodu domowego i jestem jej za to ogromnie wdzięczna. Zaczęłam się więc zastanawiać- dlaczego? Dlaczego wybierają dom, a nie miejsce swojej pracy, które doskonale znają, w którym wiadomo, że dobrze je potraktują, w którym mogłyby rodzić ze swoimi koleżankami. Czyżby wiedziały co jest dla nich najlepsze?

Jakiś czas temu opublikowałam wpis Co wpływa na sukces porodu naturalnego? Wymieniłam tam warunki jakie muszą być spełnione, aby poród przebiegał w pełni naturalnie. Takiego porodu właśnie chciałam. Naturalnego, bez grama zbędnych interwencji. W szpitalu w moim przypadku te warunki nie mogły być spełnione.  Nie odnajduję na sali porodowej poczucia bezpieczeństwa, nie jestem w stanie wycofać się do świata rodzenia przy dźwięku KTG, nie potrafię się zrelaksować przy ostrych lampach i fotelu  ginekologicznym, nie uspokaja mnie krzyk innej kobiety za ścianą. Przy przekroczeniu progu szpitala włącza mi się tryb walki. Walki o swoje prawa i walki o przetrwanie. I nie… nie ja to sobie zrobiłam 🙂 Nie przeczę, że można w szpitalu trafić na wspaniałych ludzi i sama nie raz na takich trafiałam. Ale kluczowe jest tutaj: „można trafić”.

Po pierwszym, wywoływanym porodzie chciałam uniknąć wszystkich zbędnych i pochopnych interwencji. Chciałam urodzić swoje dziecko tak jak potrafię, po swojemu, tak jak mówi mi moje ciało. Potrzebowałam pomocy w postaci położnej, która była obok, kontrolowała stan mój i dziecka, trzymała rękę na pulsie i w trudnych chwilach podpowiadała co robić, ale nie chciałam, żeby przejęła pałeczkę w tym wydarzeniu. I taką ją własnie zapamiętam. Uśmiechniętą, zrelaksowaną, siedzącą z moim psem na kanapie, ograniczającą swoje działania do minimum.

Nie ukrywam, że chciałam też po prostu być w domu ze względu na Pupinka. Nie chciałam go zostawiać na dwie (minimum) doby. Chciałam móc być z mężem. Położyć się od razu do swojego łóżka i mieć kontakt skóra do skóry ile mi się żywnie podoba, móc leżeć i przytulać się razem 2, 4, 6, czy nawet i 24 godziny. Nie chciałam czekać na godziny odwiedzin.

Chciałam rodzić w zgodzie ze swoją wiedzą. Chciałam być w ruchu na tyle ile czułam. Chciałam jeść i pić do woli. Chciałam czuć się bezpiecznie. Chciałam po prostu wsłuchać się w siebie.

Często też słyszę pytanie o znieczulenie. Czy nie bałam się rodzić bez znieczulenia. Nie, nie bałam się. Wiedziałam, że go nie chcę. W pierwszym porodzie w końcu dałam się namówić. Pomijam fakt, że zostało chyba źle zrobione- to był koszmar. Nie mogłam rodzić wertykalnie, bo ścięło mi nogi. Najgorsze jednak były skurcze parte, musiałam przeć pod dyktando, bo nie czułam kiedy powinnam. Robiłam to z całej siły, bo nie potrafiłam w ogóle napiąć mięśni, darłam się po to, żeby napiąć brzuch, bo inaczej nie umiałam tego spowodować. Nigdzie w tym nie było wyczucia, nie było to z żadnej strony naturalne.

W porodzie domowym   może i bolało bardziej, może i bolało tysiąc razy bardziej, ale czułam centymetr po centymetrze jak moje dziecko pokonuje swoją drogę, byłam w pełni świadoma co się dzieje, kiedy się dzieje i jaka jest moja w tym rola.  Parłam tylko wtedy kiedy nie mogłam tego uczucia powstrzymać. Starałam się tylko oddychać i wydawać niskie dźwięki. To było nieporównywalne doświadczenie.  I mimo większej wagi i większych wymiarów- tym razem wyszłam z tego porodu prawie bez szwanku.

No ale to takie niebezpieczne!!

Otóż nie, kochani, to wcale nie jest takie niebezpieczne. Przechodząc rygorystyczną kwalifikację minimalizuje się znacznie ryzyko jakichś komplikacji. Oczywiście, zawsze mogą się one zdarzyć, ale w wiekszosci nie są one groźne. Największe komplikacje występują po szeregu zbędnych i pochopnie podjętych interwencji medycznych, po przyspieszaniu porodu, wdrożeniu farmakologii. Kiedy zdrowa kobieta rodzi zdrowe dziecko i nikt nie próbuje w tym procesie przeszkadzać i „pomagać” to właściwie komplikacje nie występują. Statystyki z porodów domowych możecie znaleźć na stronie fundacji Rodzić po ludzku.

Ale jeśli cokolwiek dzieje się źle, coś niepokoi położną, lub rodzącą to udają się do szpitala by tam kontynuować poród. Położna w porodzie domowym reaguje na wszystkie  nieprawidłowości wcześniej niż  zareagowała by na sali porodowej. Położna ma również ze sobą zestaw niezbędny do pomocy w przypadku zagrożenia zdrowia, lub życia matki i dziecka, ma ze sobą również niezbędne leki. Transfery w porodach domowych dzielą się na pilne i niepilne. Pilny tansfer do szpitala to spowodowany czymś nagłym i niebezpiecznym,  niepilny natomiast przeprwadza się wtedy kiedy położna uznaje ze nie jest wskazane kontynuowanie porodu poza warunkami szpitalnymi i zaleca niepośpiszne udanie się do szpitala. Pilne tranfery prawie się nie zdażają.

„A co jeśli dostaniesz krwotoku? Co jeśli nagle  coś stanie się z dzieckiem?” Te wszystkie rzeczy dają  o sobie znać wcześniej, są poprzedzone niepokojacymi  sygnałami, zawsze są wynikiem czegoś. Więc jeśli poród nie przebiega fizjologiczne to udajemy się do szpitala, żeby uniknąć wyżej wymienionych sytuacji  w warunkach domowych.

I wiem, że  znajdzie się masa osób, które i tak powiedzą – wszystko może się zdarzyć! Ja jednak myślę, że  wspaniale jest żyć w czasach kiedy mamy taki dostęp do pomocy medycznej, kiedy cesarskie cięcie  mamy na wyciągnięcie ręki, kiedy jesteśmy w stanie ratować skrajne wcześniaki… I korzystajmy  z tego kiedy trzeba ! Ale też nie demonizujmy porodu. Nie róbmy  z niego śmiertelnego  zagrożenia, bo gdyby tak było to nasz gatunek by nie przetrwał.  Nie szukajmy patologii tam gdzie jej nie ma. Oczywiście nadal mówię  tutaj o zupełnie zdrowej ciąży.

Czy się bałam?

Tak! Cholernie bałam się, że będę musiała jechać do szpitala! 🙂

Czy nie żałuję?

Absolutnie. Intymność, prywatność, spokój, cisza i mozliwość celebrowania narodzin po swojemu i u siebie, wygodne łóżko, moje zapachy, porządek, pełna lodówka, a przede wszystkim poczucie sprawczości i świadomość, ze urodziłam swoje dziecko tak jak potrafię. Ta świadomość, że tego dokonałam, że liczyłam się JA, a nie procedury, JA, a nie parametry, JA, a nie czas, JA i moje ciało, a nie podręcznikowe schematy.

 

Niesamowite, budujące przeżycie.

Chciałabym doczekać takich czasów, kiedy poród zdrowej kobiety i zdrowego dziecka będzie traktowało się jako naturalną kolej rzeczy, a nie jak patologię wymagającą procedur i kontroli medycznej.

Chciałabym doczekać czasów, kiedy porody domowe będą refundowane. Za granicą to się dzieje i jest to jedna z opcji do wyboru… o dziwo kraje te jeszcze nie zniknęły z map 🙂

Kiedy zapytałam  swojego lekarza dlaczego wciąż  wśród ginekologów jest tylu zwolenników nadmiernej  medykalizacji i odbierania kobiecie  sprawczości  w porodzie odpowiedział  : ” Czy wie Pani ilu ginekologów  widziało na oczy poród naturalny? Na palcach jednej ręki policzę. Przy takich porodach są położne, lekarz przychodzi na finisz. Dzisiaj prawie nikt nie rodzi bez medykalizacji. Lekarze są tam  gdzie jest patologia, tam gdzie dzieje się źle. Codziennie patrzą na dramaty i taki obraz porodu mają. W porodzie naturalnym lekarz jest zbędny. On nie ma tam co leczyć.”

 

Z tym was zostawię 😉

12 thoughts on “Dlaczego zdecydowałam się na poród w domu?

  1. Piękna historia, choć nie dla mnie. W trakcie ciąży nie brałam pod uwagę porodu w domu, ale nie szukałam też szpitala z wysokim stopniem referencyjności „w razie co”. Niektóre kobiety popadają w lekką paranoję, a czasem warto rozważyć wszystko na spokojnie i urodzić tak, jak się chce. Ja rodziłam w małym prywatnym szpitalu (na NFZ) bez opłaconej położnej itd. Lekarza przy moim porodzie nie było, tak jak piszesz na końcu. Nie był potrzebny, położna doskonale dała sobie radę razem z założeniem szwów. Porodu w domu po prostu nie czułam.

  2. Nie zdecydowała bym się na poród w domu. Na pewno ma wpływ na to mój pierwszy, który był okropny i wszystko co się działo. W moim przypadku to szybka cesarka wykonana w niecale 3 minuty nas uratowała. Katetką z domu na pewno nie zdążyłybyśmy. Fajnie, że jednak jest taka opcja dla kogoś kto tego chce.

  3. Fantastycznie to wyjaśniłaś, bardzo przekonująco. To prawda, gdy ktoś decyduje się na tak odważny krok, to na pewno wie, co robi. Ja miałam dwa porody szpitalne, oba okropne. Pewnie nie odważyłabym się na poród w domu, ale żałuję, że moje porody nie przebiegały lepiej.

  4. Gratuluję odwagi 🙂 Ja po pierwszym porodzie, podczas którego wyszły różne komplikacje nie zdecydowałabym się na poród domowy. Za to cały czas chętnie czytam i słucham o takich pięknych historiach jak twoja 🙂

  5. Pierwsza ciąża bliźniacza, poród w szpitalu, miała być cesarska, ale wszystko szło tak błyskawicznie, że od wejścia na porodówke w pół godz było po wszystkim (wcześniej 1h maglowali mnie na izbie przyjęć). Jednak zdążyli dopakować we mnie oksytocynę, po dostałam krwotok i samodzielnie z łóżka wstałam dopiero 24h później. Zrozumiałam to dopiero w trakcie drugiej ciąży – interwencja spowodowała komplikację. I wtedy dowiedziałam się o PD. Byłam na tak, szukałam położnej. W trakcie przeprowadzka do innego miasta, wykańczanie domu. Znalazłam doule, ale już położnej na miejscu nie. Najbliższa 2h dojazdu. Nie miałam już siły szukać. Odpuściłam, ale nadal tak bardzo nie chciałam do szpitala. Doula miała być wsparciem, aby było jak najmniej interwencji. I widocznie los chciał inaczej, bo urodziłam w domu, przy ratownikach i lekarzu z karetki. Wszystko szło jeszcze szybciej nie w pierwszym porodzie. 1h od pojawienia się skurczy (1,5h wcześniej byłam na ktg i nie zapowiadało się nic). Wylądowaliśmy w szpitalu już po wszystkim, na drugi dzień na żądanie wyszłam ze szpitala. Nie zdecyduje się na następne dziecko, ale jak dla mnie zdrowa kobieta powinna rodzić w domu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *