Porażka czy krok w tył?

Dzisiaj trochę o tym, jak nauczyłam się radzić sobie z porażkami. Porażkami, które tak naprawdę nie zawsze porażkę oznaczają. Najczęściej po prostu każdy krok w tył, lub zwolnienie tępa odbieramy jako porażkę.
Nauczenie się dostrzegania pozytywów w praktycznie każdej sytuacji zajęło mi lata.
Lata łez, załamań, depresji.
Problem w tym, że my ludzie lubimy odnosić sukcesy. Im więcej ich odnosimy i im są one większe tym coraz mniej drobnych sukcesów zauważamy i doceniamy. Możecie się ze mną nie zgodzić, ale uważam, że z natury człowiek jest istotą ambitną. To, że tego nie wykorzystuje z lenistwa, lub wykorzystać nie potrafi to zupełnie inna sprawa.
Do tego od dziecka jesteśmy wychowywani systemem kar i nagród. Zrobisz coś, co się ludziom podoba, coś, co zostanie zauważone- nagroda. Zrobisz coś źle- kara. To tylko potęguje w nas niechęć, a czasem nawet i lęk do dzielenia się swoimi porażkami. Dlatego właśnie tak trudno przyznać nam się do trudności i słabości.
W systemie kar i nagród najgorsze jest też to, że nagradzane zostają rzeczy, które nie do końca sprawiają nam frajdę,  z których nie zawsze jesteśmy zadowoleni. To sprawia, że często potem w dorosłym życiu dążymy do życia pod publikę, pod wyznaczone wzorce.  Żyjemy pod społeczeństwo.
Dlatego wychodząc na ulicę widzimy na ślepo pędzących,  ponurych i zamyślonych ludzi, zaprogramowanych jak robociki do spełniania cudzych marzeń. Tak zbudowana jest cała europejska kultura.  Mrówki do spełniania marzeń ludzi „szerokopasmowych”. Ludzi szczęśliwych.
Ile razy byłeś chwalony i nagradzany za coś z czego nie byłeś dumny? Za coś, co jeszcze byś dopracował? A ile razy chciałeś by ktoś docenił to, co przeszło bez żadnego echa ?
Dlatego właśnie często sytuacje zupełnie normalne odbieramy jako porażki.
Ja to nazywam po prostu krokami w tył. A kroki w tył robi się w dwóch przypadkach: kiedy się czegoś zapomniało/chce się coś poprawić, zrobić lepiej, lub wtedy, kiedy chce się wziąć rozbieg.
Żeby nauczyć się takiego pozytywnego postrzegania kroków w tył trzeba myśleć szerokopasmowo. Nie o tym, co dzisiaj, nie o tym, co jutro, ale o tym, co mi to da w całym życiu.
Nie jestem w stanie zliczyć ilości moich kroków w tył, które czasem dla innych były właśnie porażką, poddaniem się. Ja natomiast widzę ile korzyści mi przyniosły. Czasem po prostu były jedynym słusznym wyjściem ( o tym, że nie ma złych decyzji napiszę kiedyś oddzielny post).
Kroki w tył są niezbędne do osiągnięcia szczęścia i sukcesu. I pamiętaj, że to zawsze Ty decydujesz czym jest dla Ciebie sukces. Nigdy nie dąż do czegoś, co KTOŚ INNY zdefiniował jako sukces. Wtedy nigdy nie staniesz się szczęśliwym człowiekiem.
Zapytasz mnie skąd ja to wszystko wiem, nie mam nawet ćwierć wieku, o życiu niewiele wiem.
Wiem, że od dziecka miałam pasję-konie, w której się rozwijałam. Były momenty zwątpienia, przerw, rzucenia wszystkiego w diabły, ale zawsze wracałam. Po prostu dawało mi to radość i szczęście.  Już jako dziewczynka, a potem nastolatka miałam swoje ideały, pomysł na idealne życie. Na pewno będę weterynarzem, tak jak Kaśka, a jednocześnie super trenerką jak Ewka, znajdę chłopaka, który będzie znakomitym jeźdźcem jak Tomek, a po wielu, wielu latach będziemy mieli dwójkę dzieci, które będą świetnymi zawodnikami w kategoriach PONY. Tak jak Dzieci Henryka i Anki.  To były- tak myślałam- moje marzenia. Bo otaczałam się takimi ludźmi. Bo przebywałam z nimi średnio 6h na dzień. Bo nie znałam za bardzo innego świata. Bo wszyscy byli starsi = imponowali mi. Wtedy nie rzuciło mi się w oczy, że jestem jakaś od nich…. Inna.  Że coś nie gra.
I tak oto dążyłam powoli do tych swoich „marzeń”, bo były one fajne i elitarne. Nie zauważałam, że średnio mnie satysfakcjonuje to co robię. Fascynowali mnie INNI LUDZIE, którzy to robią, ale mi brak  było zapału. Łapałam się raz jednej, raz drugiej pracy przy koniach, bo przecież super mieć tak wcześnie doświadczenie. Olałam maturę, wybierając tylko podstawy, bo zamiast na studia chciałam jechać do Niemiec, do jakieś super stajni łapać doświadczenie za pół darmo. (Swoją drogą, uważam, że matura to bzdura).  Zrobiłam jakieś kursy, papiery…. Które leżą do dziś w szufladzie. I czekałam na tego księcia na białym rumaku, bo oczywiście facet bez konia i Hummera to jakaś żenada.
No i nadjechał.
Koszykarz 194cm wzrostu….starym, białym busem, WW T4.  Na koniu to tylko tyle, że do zdjęcia  zapozować. Do stajni to siłą zaciągnąć trzeba.
A ja już prawie do Niemiec spakowana !
No i się okazało, że te moje konie to faktycznie jest pasja, ale taka pasja na wolną chwilę. Że właściwie ze wszystkich koni świata to ja tak ogromnie kocham tylko tego swojego. Że zawodowcem to ja nigdy nie będę, a ludzie, których podziwiałam, nagle od kiedy dorosłam  wydają mi się być okropnym środowiskiem, które staram się omijać.  Konno jeżdżę nadal, dla siebie, w czasie wolnym.
Mój koń jest moim oczkiem w głowie. Na tym koniec.
I takim oto sposobem  po ciężkich kursach, szkoleniach, pracach przy machaniu widłami, potem tych ambitniejszych, jednak uznałam, że nie pojadę do Niemiec. Że zostanę tu i zobaczę co z tym typem z białego busa wyniknie.
Zostałam. Z pracy za 2500zł do ręki przeskoczyłam na kasę stacji benzynowej za 1100zł. Praca zmianowa, nocna, po 12h. No bo przecież doświadczenie tylko z końmi…. A na jakieś studia iść trzeba. I jeszcze je opłacić.
Trochę jeszcze z tymi końmi walczyłam, ale tylko przekonywałam się, że to nie to.
Pierwsze studia, elitarne, prywatne i jedne z droższych jakie się dało- rzuciłam po roku, żeby pójść na kierunek z serii „studiowanie niczego’, który wydawał mi się interesujący. Wszyscy wtedy rozpaczali nad moją głupotą. Matki, ciotki, wujki, nawet owy typ z białego busa.
I tak czas mijał, od roboty do roboty, od jednej kasy do drugiej kasy, od  sprzedawania kanapek, po oklejanie towaru.  Czułam się wtedy naprawdę źle. Gdybym wiedziała, że każda z tych prac, którą odbieram jako krok w tył da mi tyle …jakże byłoby mi wtedy łatwiej. Ale wtedy widziałam tylko porażkę. Bo widzieli ją inni. Wstydziłam się rozmów o pracy, wstydziłam się mówić co studiuję,  nie lubiłam spotkań towarzyskich.
Potem pojawiła się kolejna pasja, silniejsza, ale o pracę ciężko. I jak grom z jasnego nieba po prostu tą pracę dostałam…. W prestiżowym miejscu, bez żadnego doświadczenia, w kosmicznie dobrej, profesjonalnej obsadzie…. No mega wyzwanie! To, co my ludzie uwielbiamy. „Mogę, chcę, potrafię”.
I zajeżdżałam się po 220h w miesiącu, bez wolnych dni w całym miesiącu, bo jak nie pracujący weekend, to uczelnia. Wszystko to  w imię „taka oferta drugi raz Ci się nie trafi”, „złapałaś Pana Boga za nogi”.
Skończyło się w szpitalu. Z niedoborami, zeszmaconym zdrowiem i nerwicą lękową. Miesiąc na L4 i jeszcze te myśli, że nie mogę tak po prostu odejść, odpuścić, że muszę wziąć się w garść i wrócić do roboty. Przecież inni dają radę…to znaczy, że ja jestem ta cienka. A przecież nie mogę być gorsza.  Do tego jak ja mogę rzucić pracę TERAZ, kilka miesięcy przed ślubem, jak tyle do opłacenia! Serio…myślałam wtedy, że to jedna z najtrudniejszych decyzji jakie w życiu podejmę. Myślałam, że jak odejdę to świat legnie w gruzach, że pokażę światu jaka jestem słaba.
No, ale odeszłam. Nie będąc pewna słuszności swojej decyzji, po prostu uznałam to za ogromną porażkę i kolejny powód do wstydu.
Teraz patrzę na to jak na wielki sukces.
Przykładów takich kroków w tył mam jeszcze mnóstwo, mogłabym napisać o tym post na kilkanaście stron, lub nawet książkę.
Gdybym nie zrezygnowała z Niemiec- nie miałabym najwspanialszego na świecie męża i syna w drodze. Gdybym nie rzuciła pierwszych studiów- prawdopodobnie nadal pakowałabym grube pieniądze w coś czego nie lubię. Gdybym nie poszła na studia „niczego”, prawdopodobnie nie natknęłabym się na swoją prawdziwą pasję. Gdybym nie spędziła godzin na kasach, infoliniach, taśmach produkcyjnych- nie miałabym pojęcia o wielu rzeczach, które dzisiaj wykorzystuję we własnej firmie, nie byłabym wszechstronna i samowystarczalna. Przede wszystkim nie miałabym szacunku do ludzkiej pracy. Gdybym nie rzuciła pracy „szansy”, prawdopodobnie straciłabym zdrowie i nie zdecydowała się na tak szybkie otwarcie własnej firmy.
Teraz stoję przed kolejnym wyborem, czy zrobić ten krok w tył w imię rodziny, poświęcając młodą, dopiero rozwijającą się firmę, która jest w najważniejszym dla niej momencie rozwoju. Czy stracić część klientów, czy „zaprzepaścić” czas, który poświęciłam na rozhulanie biznesu. Czy zrobić krok w tył w momencie, kiedy tak naprawdę firma zaczyna dopiero wychodzić na 0. Oczywiście wiem co zrobię i Ty mam nadzieję, że też już to wiesz.
Bo już umiem patrzeć na te wybory w skali całego swojego życia, nie zamykam swojej perspektywy na kilku najbliższych miesiącach czy latach.
Nie bój się więc robić kroku w tył. Może z tyłu jest coś, czego w pośpiechu nie zauważyłeś? Może to coś, co zmieni wszystko ?  A może po prostu z większej odległości bardziej się rozpędzisz 🙂

8 thoughts on “Porażka czy krok w tył?

  1. Dodklane wiem o czym mówisz. Kiedy rzuciłam studia po pierwszym semestrze czułam wstyd, bo widzialam jak wszyscy w koło traktują to jako porażkę, wstydzilam się mimo że wiedziałam że robię dobrze. Dziś 6 lat później nadal to wiem i udowodnilam to innym.
    Trzymam kciuki żebyś podjęła słuszne decyzje!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *