Co poszło nie tak?

W szkicowniku wisi mnóstwo merytorycznej wiedzy, czekającej  na poprawki, stylizację, dopieszczenie. Dużo o porodzie, trochę o ciąży, szczypta pedagogiki  i psychologii. Tymczasem mając tę wolną chwilę  po 22:00 siadam i piszę  to, co mi się dziś ulało.

Tak bywa, że bez sensu dążę do perfekcjonizmu. Wrzucam sobie nowe i nowe, coraz trudniejsze zadania. Niby bez sensu, a jednak inaczej nie umiem.

Pięknie potrafię mówić o tym, że naczynia poczekają  na pozmywanie, że  od kurzu nikt jeszcze nie umarł, a to co masz zrobić dzisiaj, zrób jutro. Zaraz po tym jak skończę  wygłaszać te swoje dyrdymały, lecę zmywać, odkurzać i wymyślać nowe „muszę”.

Nie wiem czy czytaliście świetną książkę Asi Glogozy „Slow Life”. Ja czytałam i byłam nią zachwycona.  Nawet kupiłam ją  kilku osobom w prezencie.  I myślę sobie, że ja jestem stworzona do tego, żeby napisać coś w podobmym stylu, tylko, że nazwałabym  to „presja  life”. 🙂

Każdy mój dzień ma podobny schemat,  wpadam w monotonie, której nie lubię, dlatego ciągle dokładam sobie wrażeń.

No, więc o godzinie 5:00 rano ze słodkich snów o przystojnym dostawcy z cztere.a dużymi pizzami i  dwoma butelkami Coli wybudza mnie stanowcze  „mamamamamamamamamamamamam”.

Nie otwierając oczu gram na zwłokę.

„Śpimy, jest noc” odpowiadam zachrypniętym głosem.

Chwila ciszy.

„Mama, mamo, maaaaaaaamo!”

Próbuje jeszcze raz: „Kochanie śpij, jeszcze śpimy, zobacz jak ciemno”.

I wtedy jest pisk  podobny do tego jaki słychać na nowo stworzonym rondzie o 2:00 w nocy,kiedy dzieci świeżo po zdobyciu prawka bawią  się na ręcznym.

 

„MAMOOOOOO!”.

 

„TAK SYNU?” – otwieram oczy wiedząc już, że przegrałam.

„TAM!”

Patrzę na palec wskazujący drzwi od sypialni. „Tam” to ulubiony kierunek mojego pierworodnego. Właściwie całymi dniami chodzimy „tam”.

I kiedy jestem gotowa, by spełnić to żądanie   postanawiam na start wbić sobie gwoźdz do trumny i powiadomić go, że zmieniamy pieluchę. Kolejne 30 minut spędzam na próbach złapania uciekajacego dziecka, żeby zdjąć z niego wiszące po kolana 10kg nocnego moczu.

Następnie jemy wspólne śniadanie, to taki moment w ciągu dnia ( w ogóle posiłki), w którym przekraczając granice swojej strefy komfortu zyskuje trochę czasu dla siebie, a dokładniej- zgonuję na kanapie. No, bo autentycznie serce mnie boli, jak widzę kaszke we włosach, pod pachami i  w pępku, a co 5 minut w psa leci kula armatnia z resztek jedzenia, ale wtedy jest taki spokój, taka cisza, że walczę ze sobą by nie reagować.  I siedzę na dupie, czekając na rozwój sytuacji. Drugie dziecie, to z głębi brzucha, uprawia w tym czasie swój poranny jogging, przyprawiając mnie o słodkie uczucie chęci zrzygania się.

Potem zawsze jest to samo- kąpiel, podczas której brudzimy wszystko  dookoła  próbując opłukać resztki jedzenia, spacer, plac zabaw, ewentualnie spacer i plac zabaw. Czasem też plac zabaw. W wolnej chwili załatwiamy sprawy na mieście. Na przykład podpisujemy papiery kredytowe jedną  ręką stawiając parafki, a drugą  celując daktylami w małą  zachłanną buzie.

Na placu zabaw jest jak sama nazwa wskazuje, zabawnie. Czuję się jak czołg pancerny, totalnie nieskrętny, próbując z tym wielkim brzuchem dogonić mały huragan. Czasami muszę też kucnąć, co powoduje u mnie szereg pytań o sens istnienia takich jak: czy pekną mi spodnie? Jak wstanę? Czy to co czuje, to serio główka?  Czy to normalne ze jest już tak nisko? Co się stanie jak teraz kichnę?

No, ale zdarzają  się też takie rozwojowe  sytuacje, jak na przykład dzisiaj, że idziemy razem na pocztę żeby nadać paczkę do wzorcowni, bo mój kolejny pomysł wszedł na etap realizacji. W takich chwilach jestem za tym, żeby dla dzieci też ktoś wynalazł obroże elektryczne 😉

Albo mniej rozwojowe, kiedy to drugie już wydawnictwo wysyła mi maila o treści „nie jesteśmy zainteresowani”.  Szczerze mówiąc  to wolę te, które nie odpisują. Zawsze wtedy mogę się oszukiwać, że wiszę gdzieś w spamie.

Są też chwile zwątpienia w sens tego co robię, kiedy chcę odpowiedzieć na pytanie innej kobiety zgodnie że swoją wiedzą, ale wiem, że ta prawda  jej się nie spodoba, że ona teraz potrzebuje kłamstwa, by poczuć się lepiej, by siebie docenić. I konflikt wewnętrznych interesów.

Wieczory są kapitalne, bo w domu pojawia się ojciec dzieci, co sprawia, że chwilę mogę ojojać, stękać  i płakać, ewentualnie krzyczeć jak mi bardzo źle, jak mi się to małe w brzuchu nie mieści i narzekać jak to duże dało mi dziś w kość.  Jak już sobie ulżę, to planuje mnóstwo rzeczy na wieczór. Serial, pisanie, nowy projekt, nowe grafiki, zrobienie dokumentów, juhuuuu życie na petardzie! Nastepnie idę usypiać tego małego demona, skaczącego i po mnie  i po łóżku, czule i cierpliwie glaszczę go po głowie, szepczę, śpiewam  kołysanki,  zmieniam bok z prawego na lewy i z lewego na prawy, przy czym jedna strona zajmuje mi jakieś 4 minuty i wygląda  to jak gimnastyka artystyczna.

Jest 22:00  i już w końcu mam ten czas dla siebie, już prawie idę zmieniać  świat na lepsze, uczyć się, tworzyć biznesy życia, randkowac, pić wino 0% i nagle…

Jest 5:00, słyszę  „mamamamamamamamamama”.

 

Co poszło nie tak? 🙂

9 thoughts on “Co poszło nie tak?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *