Posklejany dzban. Dzień Dziecka Utraconego.

Wczoraj oglądałam z mężem film  Coco. Płakałam jak bóbr. Myślę, że nie bez powodu właśnie wczoraj.

Dzisiaj z kolei z Pupinkiem zaspaliśmy. Obudziłam się o 8:00, a on nadal spał. Patrzyłam na niego i nadziwić się nie mogłam, już po raz kolejny, jaki z niego cud.

Patrzyłam inaczej. Pomyślałam o planach na rodzeństwo dla niego, dzisiaj nieco inaczej, jakby mnie nagle olśniło.

 

Zupełnie zapomniałam i totalnie zaspałam. Przypomniał mi poranny wpis Bo.

Dziś, 15 października jest Dzień Dziecka Utraconego.

I ponieważ nakombinowałam się jak pajac, żeby zrobić ten wpis jak najwcześniej, jak tylko uświadomiłam sobie, że to dziś, to jestem zła, że nie pojawił się on wczoraj wieczorem. Dlatego jeśli zaczęłaś czytać, ale nie masz czasu i chcesz dokończyć wieczorem, to pozwolę sobie na szybkie ogłoszenia. Kręgi opowieści dzisiaj czekają na was w wielu miejscach w Polsce. Więcej informacji znajdziecie tutaj : https://www.facebook.com/events/229864214373704/

Wracając do mojego poranka.

Dzisiaj chyba poczułam dojrzałość do tego, by poczuć żal.

Mam wrażenie, że przez ostatnie 1,5 roku spałam i zapomniałam.  Czy to źle? Nie uważam tak. Mogłam poświęcić się w pełni formy Pupinkowi. Uchuchanemu, ukochanemu, wybłaganemu.

Myślimy o powiększaniu rodziny. Wiemy, kiedy chcemy zacząć się starać. Zewsząd padają pytania „To kiedy następne?”, „ Będziecie jeszcze mieli dzieci?”, „Jesteś w ciąży?”. Zgodnie odpowiadamy jakie mamy plany, odpowiadamy pokornie, że wtedy i wtedy myślimy, żeby zacząć się starać.  Ale zawsze dodaje, że życie pisze swoje scenariusze. Zdecydowana większość moich odbiorców myśli wtedy o tym, że po prostu nie uda mi się zajść w ciąże. A ja w głowie mam poronienie.

Mogłabym na te pytania odpowiadać oczywiście, że hello, co Cię obchodzi kiedy  i czy w ogóle chcę mieć jeszcze dzieci!  I mam ogromną ochotę. Ale z drugiej strony nie chcę już milczeć. Chcę, żeby ludzie zaczęli się uczyć, że takich pytań się po prostu nie zadaje, i że to nie jest tak hop siup: Zróbmy sobie dziecko, to takie łatwe. Bo mówi się i powtarza tylko te pozytywne historie.  Bo wiesz… Marta z Jackiem to od pierwszego razu !

Tak samo jest z mówieniem o ciąży. Kiedyś podzielałam to zdanie, żeby chwalić się ciążą po 3 miesiącu. I tak czekaliśmy  zawsze,  do 3 miesiąca wiedziały tylko bardzo bliskie osoby, wielka tajemnica, bo przecież  wiadomo jak to bywa w I trymestrze…nie ma co się chwalić zbyt szybko (niby wiadomo, a jednak nie wiadomo ).  Robiłam wielkie oczy jak ktoś oznajmiał ciąże 5,6,7 tygodniową.

Ale dojrzałam. I będę mówić. I proszę was o to, żebyście też mówili o tym. Bo nasze społeczeństwo nie widzi poronień. To wielkie tabu. Nikt o tym nie mówi, bo przecież  to właściwie się nie zdarza.  I dlatego, kiedy to spotyka nas, to wydaje nam się, że jesteśmy jakieś „inne”, „wyjątkowe”, przecież to nie zdarza się dookoła, to coś ze mną jest nie tak, to na pewno moja wina…

 

Jesteśmy z tym same.

Tymczasem  poronienie dotyczy 20-25% ciąż. To jest  1 na 5 ciąż ! Jedno na pięcioro dzieci to dzieci utracone. Nadal uważasz, że to mało?

To się dzieje, teraz, wśród nas, wśród Twoich znajomych, Twojej rodziny, to może zdarzyć się Tobie i TO NIE BĘDZIE TWOJA WINA.  TO NIE Z TOBĄ JEST COŚ NIE TAK. Tak po prostu jest. To nie dlatego, że dźwigałaś, to nie dlatego, że ćwiczyłaś, to nie dlatego, że przestraszyłaś się czegoś, albo coś zjadłaś. Nie masz na to wpływu.

Nie wiem dlaczego dotarło to do mnie akurat dzisiaj, ale ogarnął mnie olbrzymi strach o kolejne dziecko, którego jeszcze nawet nie poczęliśmy . Paraliżujący strach. Płakałam długo, do czasu aż Pupinek wstał.

Zastanawiałam się, co WTEDY bolało mnie w stracie najbardziej.

I dzisiaj już mogę odpowiedzieć na to pytanie.

W moich stratach najbardziej bolało mnie TABU.

To, że nikt ze mną nie rozmawiał.

To, że każdy bał się tego tematu.

To, że zdecydowana większość ludzi nawet o tym nie wiedziała.

Nawet, kiedy już byłam w kolejnej ciąży, zaawansowanej,  słuchałam gratulacji i zachwytów, bolał mnie fakt, że o dzieciach utraconych nikt nie pamięta, nikt nie wie.

Z czasem zaczęłam przemycać to w rozmowach, mówiąc np. „ w poprzedniej ciąży czułam się lepiej”, potem ZAWSZE  było milczenie, a następnie rozmowa o pogodzie.

Kiedy umiera nam brat, siostra, mama, dziadek, to społeczeństwo potrafi jakoś okazać nam, że dostrzegło to wydarzenie. Ale kiedy umiera nasze nienarodzone dziecko, to świat  na tę pomyloną kolejność zdarzeń zamyka oczy.

Temat śmierci przed narodzeniem w naszym społeczeństwie funkcjonuje jedynie w dyskusjach o aborcji.

A to przecież było nasze dziecko, my byłyśmy matkami. Nie ważne czy byłyśmy nimi dla niego  5, 7, 10 czy 30 tygodni. Nosiłyśmy pod swoim sercem inne serce. To za każdym razem boli tak samo mocno.  I mamy prawo do żałoby.

Myślę sobie, że czas na moją właśnie przyszedł.

 

 

Chcecie wiedzieć, co najgorszego co usłyszałam w tamtym czasie? To jedynie wyrywki z całego bełkotu, które najbardziej zapadły mi w pamięć.

 

Na usg, kiedy już nie słychać było serduszka: „No i  po co wy (chyba miał na myśli kobiety) przychodzicie do lekarza tak wcześnie, potem jest płacz i rozczarowanie”.  ( Przypominam, że należy się zgłosić do lekarza przed 8 tygodniem!).

Na wizycie, dzień przed tym dniem, kiedy już wiedziałam, że coś jest nie tak : „ No nie będę Pani badał,  będzie co ma być no”.

Kiedy już wiedziałam, że  jest źle: „Gratuluje! ”

Już w szpitalu „ No co ja Pani poradzę, Pani już poroniła”.

Pani z administracji szpitala, przy innych pacjentkach (po zabiegach planowanych nie związanych z ciążą) i osobach je odwiedzających:  „ No, bo co ja mam wpisać na zwolnieniu, TA CIĄŻA jeszcze jest, tak?”  No nie, kurwa. TEJ CIĄŻY już nie ma.

Krzyki porodowe za ścianą.

KTG na izbie przyjęć.

„Będziecie mieli jeszcze dzieci”.

„W sumie dobrze, że tak wcześnie”.

„Może lepiej tak, niż jakby miało urodzić się chore”.

„To jak, staracie się już?”

„Kiedy dziecko?”

Kiedy zrobiłam test Pupinkowy : „ Nie ciesz się jeszcze”  i „ O boże, ale wiesz… może wszystko będzie dobrze”.

Kiedy poszłam na usg z Pupinkiem i zobaczyłam serduszko, a Pani doktor na to anegdotkę: „Moja koleżanka też tak miała, że od razu zaszła, a nasz kolega ginekolog chciał ją doskrobać”. Pani miała ocenę na Znanym 5/5, nie wróciłam do niej…

NA KAŻDEJ wizycie u MOJEGO ginekologa (wizyta co miesiąc + usg co 2 miesiące, z taką częstotliwością spotkań da się zapamiętać człowieka): „Pani X, urodzona tego i tego, ciąża pierwsza, poród pierwszy?” To samo na przyjęciu do porodu. Na początku zawsze go poprawiałam. No nie, nie pierwsza, wszystko masz matole napisane na karcie, która leży przed Tobą, wystarczy oderwać wzrok od kompa. Potem przestałam poprawiać, nie miałam już na to siły. Po prostu przytakiwałam.

Mataja kiedyś opublikowała wpis „CISZA, A POTEM ROZMAWIALIŚMY O POGODZIE”, cytaty mam, które straciły swoje nienarodzone dzieci. Każda ta wypowiedź była inna . Od pozbawionych emocji, po pełne cierpienia i żałoby. Każda z tych mam mówiła, że chciała usłyszeć  po stracie coś innego. Czytałam je dzisiaj rano i nie utożsamiałam się z żadną z nich. Bo każda z nas odczuwa inaczej, każda z nas jest inna i reaguje inaczej na ból. I nie ma w tym absolutnie nic nieprawidłowego. Każda zbiera się do kupy inaczej.

Pewnie zapytacie więc, co mówić, żeby nie zranić? Czasami po prostu powiedzieć „Jestem, gdybyś mnie potrzebowała”, albo „ Czy jest coś, co mogę dla Ciebie zrobić ?”.  To dużo was nie kosztuje, a dla kogoś mogą to być najpiękniejsze  słowa w tym momencie. Może wtedy odpowie „ Powiedz, że to nie moja wina”,  „Powiedz, że jeszcze będę miała dzieci…”, a może powie tylko „ Pobądź przy mnie ? „.

 

Bądźmy uważni, bądźmy otwarci, pozbądźmy się tabu, a jednocześnie myślmy. Myślmy co mówimy.

Pamiętajcie, że słowa czasem ranią najbardziej.

A dzisiaj… poświęćmy chwilę, by pomyśleć o dzieciach utraconych i ich mamach. Jest ich więcej niż jesteście sobie w stanie wyobrazić.

Ja dziś zapalę swoją świeczkę w oknie. A Ty?

 

 

Tytuł – Poznałam ostatnio kobietę. Wspaniałą kobietę. Matkę po stratach. Powiedziałam jej, że ją podziwiam, a ona odpowiedziała coś, co otworzyło mi oczy. „Jesteś jak taki dzban, który spadł i rozbił się na tysiąc kawałków. Masz dwa wyjścia, albo pozbierasz te kawałki i posklejasz je, choć wiadomo, że już nigdy nie będziesz taka sama, ale nadal będziesz mogła nosić wodę, albo staniesz się bezużyteczna…”.

Nic więcej do dodania.

 

 

3 thoughts on “Posklejany dzban. Dzień Dziecka Utraconego.

  1. Rzeczywiście dużo osób nie mówi o poronieniach. Dopóki nie zostałam matką, nie znałam nikogo kto by poronił – ale pytanie czy nie znałam, czy nie wiedziałam, że poroniła. Takie dni pozwalają mi docenić to co mam. Moja ciąża przyszła z zaskoczenia, nieplanowana, często żałuję, że nie wyglądało to tak jak w wielu filmowych ciążach – nie miałam wielu pieniędzy na super wyprawkę, czasu (pracowałam prawie do porodu). I gdy żałuję, że tak to wyglądało, myślę sobie, że najważniejsze, że nie miałam żadnych komplikacji.

  2. Wszystkim się wydaje, że dzieci to tak się wszystkim rodzą. Mi się też tak kiedyś wydawało. Ale teraz wiem, że moje koleżanki, które do tej pory nie mają dzieci, a wiem, że chcą, przeżywają w domu prawdziwe dramaty poronień lub problemów z zajściem w ciążę. Smutny temat.

Pozostaw odpowiedź Justyna Dąbek Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *